Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 października 2013

kierunkowy 22 w sprzedaży!

serwus, no więc tak się mają sprawy, że książka (a raczej "książeczka", "książulka") jest już gotowa i można zamówić ją sobie on-line ze strony wydawcy:

http://ha.art.pl/sklep/index.php?p428%2Ckierunkowy-22

Gdzie będzie można dorwać materiał na mieście?


1. Czuły Barbarzyńca, Kraków 2. Czuły Barbarzyńca, Warszawa 3. Mocak-store, Kraków 4. Lokator, Kraków 5. Tajne Komplety, Wrocław 6. Tajne Komplety w Heliosie, Wrocław 7. Tristero, Poznań 8. Zemsta, Poznań 9. Bęc Zmiana, Warszawa 10. Legalna, Warszawa 11. Nalanda, Wrocław 12. Liber, Warszawa 13. Księgarnia naukowa im B. Prusa, Warszawa 14. Kronika, Bytom 15. Prospero, Warszawa
Książka będzie oczywiście dostępna też w księgarni (w krakowskim Bunkrze Sztuki), n sklepie internetowym (www.ha.art.pl/sklep) i na profilu Allegro.
Do szerszej grupy księgarń trafi za pośrednictwem naszych dystrybutorów hurtowych: 1. Krainform (Kraków i małopolska) 2. Platon (zasięg ogólnopolski) 3. Azymut (ogólnopolski) 4. Matras (sieć ogólnopolska)

Czekamy na info od Empiku jeszcze.
elo!

czwartek, 5 września 2013

cover22

Serwus,
poniżej cover książki.
Całość wkrótce wychodzi z drukarni i na początku października trafia do księgarni i sprzedaży internetowej.
Aha, co tam Shuty sobie myśli to jego sprawa.


wtorek, 2 kwietnia 2013

zapowiedź#1


Projekt jest w drodze, projekt-projekt...
W ostatecznej wersji nie będzie brody. I pojawi się słowo 'kurwa'.

Na dniach!





(kooperacja z Justyną Frąckiewicz,pykcyk.tumblr.com)

środa, 5 grudnia 2012

opowiadanie#17


Przemierzam ulice / doszedłem do ronda
Fokus, „CHTHC”
Miała cienką, ciemną skórę. Miękka, ciepła i delikatna w dotyku sprawiała wrażenie, jakby szyto ją z tiulu. Wykrój warg o głębokim, karmazynowym odcieniu przyciągał wzrok i sprawiał, że później wielokrotnie odtwarzałem w głowie jego linię, modelując ją w wyobraźni jak w photoshopie. Za uchem wytatuowany miała chiński znak równowagi. I rzeczywiście, doskonale odnajdywała równowagę między dziewczynką z wyższych sfer a kurwą, choć miewałem wrażenie, że oba wcielenia dzieli ledwo zarysowana linia, często – przeważnie w piątkowe wieczory – zamazująca się.
Lubiłem ją jednak, jako jedyny chyba spośród ludzi, których oboje znaliśmy. Powody były dwa – przyjemne mieszkanie i jakaś, dziwna dla mnie, odwaga bycia sobą; kiedy tyle osób wokół ma cię za dziwkę i idiotkę, a ty i tak masz swój patent, i tego się trzymasz. Myślę jednak, i tak też twierdzi Vini, że gdyby nie hajs, który przepijaliśmy w barach, i zajebiste biodra – do porozumienia byśmy nie doszli. Może, ale koniec końców – co za różnica? Spotykamy się, bo jest za co się napić, czy dlatego, że oboje lubimy Chagalla, dajmy na to? Efekt i tak jest podobny: dobry seks i odrobina emocji w ten bezbarwny, nudny jak chuj deszczowy luty.
Wyszedłem od niej późnym popołudniem, na drugą zmianę do pracy. Przed wyjściem zajaraliśmy lufkę, więc w biurze siedziałem zupełnie odcięty od wszystkich. Wykonywałem kolejne telefony, przedstawiając jakimś frajerom nową ofertę linii telekomunikacyjnych. Jak bardzo miałem to w dupie, sam Bóg raczy wiedzieć; momentami wydawało mi się, że odczuwam coś na kształt satysfakcji po kolejnej odmowie klienta. Czas kleił się jak miód, raz przyspieszał, raz zwalniał, dziwna sprawa. Pod koniec już prawie zasypiałem. Kiedy tylko wybiła 21:00, zebrałem się z prędkością huraganu i zanim ktokolwiek zdążył uprzątnąć swoje biurko, już byłem przy drzwiach. Jeszcze szybkie „dobranoc” i chwilę potem w objęcia wzięła mnie warszawska jesień. Kilka szybkich telefonów, ustawka u Q. w domu, plan na małe pół litra i czysta kartka do zapisania kolejną weekendową nocą. Dotarłem na miejsce coś po 22:00, Q. siedział z jakąś Maniurą w kuchni, M. i Z. polewali i grali w plejaka, M. patrzył i nic nie mówił. Dosiadłem się do nich i po chwili napiliśmy się na jedną nóżkę, potem na drugą, potem, bo stygnie, potem, bo już końcówka i dalej, bo jeszcze R. wpadł właśnie. Kręci mnie, potem chłopaki walą ściechy, biorę odrobinę na palec, żeby nie zamulić. Gorąco, robi się gorąco...

wtorek, 29 maja 2012

opowiadanie#08


Hejho,
kilka kosmetycznych zmian i wracamy z kolejnym odcinkiem, tym razem, już na stałe, w kooperacji z Ludwikiem Lisem, znanym szerzej jako STYLWARSZAWSKI. ENJOY!

Jej twarz przypominała pusty, nieumeblowany pokój. Chyba stuknięta. Miała wielkie, ciemne oczy, delikatnie podkreślone czarnym tuszem, przepełnione szczerą tępotą i smutkiem. Gorąco, jakiś typ ładuje się z kundlem do autobusu, śmierdzi. Dziewczyna patrzy na zwierzę i instynktownie kuli się przy matce. Trochę mi jej żal, ale akurat centrum, więc wysiadam. Dziś koncert chłopaków z Mokotowa, L. chyba kmini jakiś temat, więc jak coś ogarnie, to się przejdziemy, w końcu za frajer, K. jest współorganizatorem, więc mamy VIP wejściówę.
fot.Ludwik Lis/www.ludwiklis.com
I wiesz, to się czuje całym ciałem na raz, dreszcz przepływa po strunach żył od stóp po czubek nosa, bo jesteś w tej sekundzie szczęśliwy, a wszystko przez to, że kiedy minęliście się o kilka centymetrów, poczułeś zapach słodkich perfum i wyobraziłeś sobie że krzyczysz za nią: pięknie pani pachnie! Dziękuję – odśmiechuje. – Na którym to piętrze używają takich perfum i ona się śmieje, i nic nie odpowiada, a ty wiesz, że to wszystko niewinne żarty, filmowe banały, a skoro banały, to dochodzisz do najszczęśliwszego momentu epicentrum pięknej katastrofy, otwierasz drzwi windy i czujesz jej zapach, zapach tych perfum i opadasz lekko na ścianę, i jesteś szczęśliwy, bo to takie filmowe, jesteś taki filmowy, tak bardzo za tym tęsknisz.
Siedzimy na jakichś schodach w centrum, wczesny wieczór, ciepło, jemy pizzę, przez jakiś czas w milczeniu.
– Zajebiste.
– Co?
– Pizza.
– Dobra w chuj.
Patrzymy, przyglądamy się, co jakiś czas komentujemy. Miasto freaków, mówi, no, mnóstwo pojebów, odpowiadam.
– Zabawne – mówię.
– Co zabawne?
(...)