Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 maja 2013

komiks #1

serwus,

po długim czasie milczenia wracamy do tematu. Poniżej zapowiadany ponad miesiąc temu komiks kreski Justyny Frąckiewicz, zainspirowany jednym z moich tekstów. Justyna jest bardzo utalentowana, dlatego odsyłam pod koniec do jej bloga (nie teraz, bo klikniecie i nic nie obejrzycie).

Powoli rusza również strategia promocyjna KIERUNKOWEGO, który w październiku bieżącego roku zostanie wydany w druku nakładem wydawnictwa HA!ART. Będę wkrótce informował, jakie działania, kiedy i gdzie. Będzie ciekawie :)

Poniżej komiks, enjoy!









wszelkie prawa są zastrzeżone.
Twórczość Justyny: http://pykcyk.tumblr.com/

środa, 5 grudnia 2012

opowiadanie#17


Przemierzam ulice / doszedłem do ronda
Fokus, „CHTHC”
Miała cienką, ciemną skórę. Miękka, ciepła i delikatna w dotyku sprawiała wrażenie, jakby szyto ją z tiulu. Wykrój warg o głębokim, karmazynowym odcieniu przyciągał wzrok i sprawiał, że później wielokrotnie odtwarzałem w głowie jego linię, modelując ją w wyobraźni jak w photoshopie. Za uchem wytatuowany miała chiński znak równowagi. I rzeczywiście, doskonale odnajdywała równowagę między dziewczynką z wyższych sfer a kurwą, choć miewałem wrażenie, że oba wcielenia dzieli ledwo zarysowana linia, często – przeważnie w piątkowe wieczory – zamazująca się.
Lubiłem ją jednak, jako jedyny chyba spośród ludzi, których oboje znaliśmy. Powody były dwa – przyjemne mieszkanie i jakaś, dziwna dla mnie, odwaga bycia sobą; kiedy tyle osób wokół ma cię za dziwkę i idiotkę, a ty i tak masz swój patent, i tego się trzymasz. Myślę jednak, i tak też twierdzi Vini, że gdyby nie hajs, który przepijaliśmy w barach, i zajebiste biodra – do porozumienia byśmy nie doszli. Może, ale koniec końców – co za różnica? Spotykamy się, bo jest za co się napić, czy dlatego, że oboje lubimy Chagalla, dajmy na to? Efekt i tak jest podobny: dobry seks i odrobina emocji w ten bezbarwny, nudny jak chuj deszczowy luty.
Wyszedłem od niej późnym popołudniem, na drugą zmianę do pracy. Przed wyjściem zajaraliśmy lufkę, więc w biurze siedziałem zupełnie odcięty od wszystkich. Wykonywałem kolejne telefony, przedstawiając jakimś frajerom nową ofertę linii telekomunikacyjnych. Jak bardzo miałem to w dupie, sam Bóg raczy wiedzieć; momentami wydawało mi się, że odczuwam coś na kształt satysfakcji po kolejnej odmowie klienta. Czas kleił się jak miód, raz przyspieszał, raz zwalniał, dziwna sprawa. Pod koniec już prawie zasypiałem. Kiedy tylko wybiła 21:00, zebrałem się z prędkością huraganu i zanim ktokolwiek zdążył uprzątnąć swoje biurko, już byłem przy drzwiach. Jeszcze szybkie „dobranoc” i chwilę potem w objęcia wzięła mnie warszawska jesień. Kilka szybkich telefonów, ustawka u Q. w domu, plan na małe pół litra i czysta kartka do zapisania kolejną weekendową nocą. Dotarłem na miejsce coś po 22:00, Q. siedział z jakąś Maniurą w kuchni, M. i Z. polewali i grali w plejaka, M. patrzył i nic nie mówił. Dosiadłem się do nich i po chwili napiliśmy się na jedną nóżkę, potem na drugą, potem, bo stygnie, potem, bo już końcówka i dalej, bo jeszcze R. wpadł właśnie. Kręci mnie, potem chłopaki walą ściechy, biorę odrobinę na palec, żeby nie zamulić. Gorąco, robi się gorąco...

czwartek, 25 października 2012

opowiadanie#15


– To taki nowy sposób unikania odpowiedzialności, mamo. Chodzi o to, żeby się nie zobowiązywać, do niczego: do związku, do godziny, do pomocy. W ten sposób NIESPOSÓB cię o cokolwiek oskarżyć czy się przypieprzyć. I zawsze tłumaczysz to troską o drugą osobę; „wiesz, nie chcę mówić, o której będę, bo się mogę spóźnić i czekać będziesz bez sensu, bez sensu się denerwować”. No, a sama powiedz, co jest gorszego od bezsensownych nerwów? – zawiesiłem głos. Mama westchnęła.
– Chyba tylko bezsensowne czepianie się. Bo kiedy czepiasz się kogoś, kto wyraźnie niczego ci nie obiecywał, to chyba bez sensu, stwarzanie problemów, rozumiesz.– Rozumiem wszystko poza tym, co niby jest nowego w takim unikaniu odpowiedzialności?
– Nowe technologie, mamo, używanie nowych technologii. Pisząc SMS-a jesteś za grubą szybą, której nic nie przebije i zza której nic nie widać.
– Może – znowu westchnęła, dopiła herbatę i wstała z fotela. Spędzałem właśnie kilka dni w domu u rodziców. Cisza i spokój wielkiego, starego domu, postawionego przy równie starym sadzie, uspokajała, wypełniała przyjemną pustką. Myślałem, myślałem bez emocji, spokojnie, jak na przykład o Zuzie, którą poznałem niedawno, raptem miesiąc temu, ale od samego początku rzuciła mi się w oczy pewna jej cecha...




czwartek, 14 czerwca 2012

opowiadanie#09


To gangsterskie opowieści, prawda czy kompleksy

bez pretensji, świat i tak tonie w agresji

gangsterskie opowieści, sam w nich uczestniczysz

Widzisz je co dnia, na każdej ulicy (...)

„Gangsterskie opowieści”, O.S.T.R.
Za swoją pasję był podziwiany i szanowany. Był źródłem wiedzy w materii, która należała do wąskiego kręgu zainteresowań prawdziwych fascynatów. Maniakalnie kolekcjonował mikstejpy. Mikstejp to płyta wydana przez didżeja, rap producenta, na której znajdują się remiksy już istniejących utworów, pełne cytatów i odwołań do najprzeróżniejszych stylów i epok w dziejach hip hopu. Miał tych mikstejpów tysiące, podobno ponad dwadzieścia tysięcy. Jeździł po Europie w poszukiwaniu tych najrzadszych, z każdej podróży z przyjaciółmi czy dziewczyną przywoził po kilka krążków. Znane są jego słynne „wyprawy po mikstejpy”, kiedy z kilkoma tego samego typu postrzeleńscami pakował się do fury i z torbami jointów ruszał do Amsterdamu, Berlina, Paryża czy Barcelony, przywożąc prawdziwe skarby. Wszyscy mu tego zazdrościli. Ci, którzy go nie znali, chcieli go poznać. Ci, którzy znali, spędzali u niego całe dnie, siedząc przy skrętach, przesłuchując rapowe perły, o których istnieniu nawet nie mieli pojęcia. Ten człowiek nie słuchał rapu, on był rapem. Miał na koncie autografy Jam Master Jay'a, Grandmasterflasha czy J Dilla, a także kilka melanży na bekstejdżach z DJ Premierem czy DJ Clue. W spełnianiu swoich marzeń był absolutnym geniuszem.
Kończył dwudziesty drugi rok życia. Znajomi mówili, że zupełnie mu na punkcie tych płyt odbiło. Żył z handlu nimi, pisywał artykuły do polskiej i światowej prasy skupionej na kulturze hip hop, prowadził rap imprezy, organizował rap targi. Jednego miesiąca kończyło się to kilkusetzłotowym długiem u znajomych, a innego – wakacjami nad Morzem Śródziemnym. Nie było tajemnicą dla nikogo z tego światka, że konkretne dochody, raz na jakiś czas, osiągał też ze swojej niewielkiej hodowli konopi, będąc wkręconym w biznes. Jasne, każdy, kto regularnie jara jointy, jest tak czy inaczej w biznes wkręcony, tyle że od ilości jego plonów zależało, czy przeżyje dany miesiąc. Nie był jakimś wielkim dilerem, miał kilka krzaków automatów, które kosił co dwa / dwa i pół miesiąca – mocne odmiany o charakterystycznym, ziemistym posmaku. Lubił, kiedy klient był zadowolony.
Ale podobno kiedyś siedział w tym głębiej... 

Ludwik Lis/www.ludwiklis.com

środa, 7 marca 2012

siność

sino w nocy sinieją dłonie i kolana powoli pulsująca krew pod cienką skórą nadgarstka zdaje się być jedynym ciepłym punktem na ciele dmucham w ręce ocieram o siebie trzeszczą jakby ktoś zamiatał liście z chodnika dochodzi joint zaciąga się parokrotnie wykrztusza biały kurz w noc rozmawiają cicho że coś by gdzieś by z kimś z czymś tylko nie ma no tego czasu wiosna rodzi się w bólach zima powoli drąży kanały w chodnikach i spływa do oceanu jesteśmy w okresie przejścia zdążyliśmy się przewrócić ale jakoś ciągle nie możemy zdążyć ze wstaniem nie wstajemy oglądamy swoje trofea hłasko mówi kiedy ma się dwadzieścia lat to klęska jest jeszcze przygodą oddychamy nieregularnie a arytmia uzmysławia nam rytm miasta.